Shop More Submit  Join Login
×

:iconjubiliana: More from Jubiliana


Featured in Collections

Opowiadania by Hetard7

Hetalia by Ijona


More from deviantART



Details

Submitted on
July 4, 2013
File Size
19.9 KB
Link
Thumb

Stats

Views
277 (1 today)
Favourites
12 (who?)
Comments
9
×
Francis był przeciętnym człowiekiem, takim jak wielu na świecie. Miał małe mieszkanie, samochód, pracę, bogatych rodziców i kilkanaście numerów zapisanych w komórce, jeśli akurat poczuł się samotny. Z jego perspektywy każdy dzień wyglądał tak samo, od czasu do czasu urozmaicany miło spędzoną nocą w pubie.
Nigdy nie spodziewał się, że kładąc się spać do własnego łóżka obudzi się w deszczu, trzymając kurczowo lejce. Fakt, że nigdy nie jeździł konno tylko utrudnił sprawę. Nie miał także pojęcia, czemu nagle otoczyła go francuska armia i dlaczego tytułują go markizem, podpytując go o walki, których nie pamiętał nawet z podręcznika historii.
A gdy wreszcie wyrwał się pod pretekstem spaceru spod czujnych i podejrzliwych spojrzeń generałów oraz odnalazł znajomą twarz - Arthur postradał zmysły.
Po raz pierwszy jego sen wyraźnie go nie rozpieszczał.
- Arthur? To na pewno ty? – przyjrzał mu się podejrzliwie, szczególną uwagę zwracając na opuszczoną w błoto broń.
Śmiech, który jeszcze chwilę temu zagłuszał odgłos spadających kropel urwał się nagle. Zaszczyciło go spojrzenie zielonych oczu, w których niedowierzanie mieszało się z niezrozumieniem.
- A na kogo ci wyglądam?
Francis prychnął, poprawiając swój mundur.
- Pozwól, że to pytanie przemilczę taktownie – zauważył, gdy na usta cisnęło się kilka adekwatnych epitetów. – Co robisz w moim śnie?
- Twoim śnie? – powtórzył Arthur, unosząc do góry imponujące brwi.
- Oui. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale jest to dość… Nietypowe zjawisko. Chyba, że… - zbliżył się do Anglika by bezceremonialnie go uszczypnąć.
Kirkland skrzywił się w odpowiedzi, wydając z siebie coś na kształt syku.
- Jesteś tylko wytworem sennej mary. W jakiś sposób wpasowywałbyś się idealnie w warunki koszmaru, mój drogi – zauważył i uśmiechnął się do własnych domysłów.
Arthur najwyraźniej nie podzielał jego entuzjazmu.
- Mogę cię dźgnąć bagnetem. W ten sposób przetestujemy mój brak realności – odparł wreszcie siląc się na krzywy uśmiech.
- Czy ty wszystko musisz sprowadzać do rękoczynów? – westchnął Francis, maszcząc brwi. – Podziękuję, dość się dzi-… - urwał. – W tym śnie poobijałem. Nigdy nie sądziłem, że jeżdżenie konno jest tak niewygodne – zauważył mimochodem, bardziej do siebie, niż do swojego rozmówcy.
- Po trzecim śnie idzie przywyknąć.
- Co? – Francuz zamrugał, zerkając na Anglika. – Chyba nie dosłyszałem.
- Mówiłem, że po trzecim śnie idzie przywyknąć. Podobnie jak do statków. Za pierwszym razem miałem chorobę morską i trafiłem na niego akurat w trakcie sztormu – stwierdził spokojnie, choć Bonnefoy mógłby przysiąc, że jego krzywy uśmiech pogłębił się. – Nadal uważasz, że przykładam do nich zbyt wielką wagę?
Francis nie odpowiedział, przypatrując się Arthurowi. Obaj byli przemoknięci do suchej nitki, a ogrzewające ich łuczywo przygasało pod naporem zimnych kropel. W jego słabym świetle dostrzegał zarysy munduru, który oglądać mógł tylko w muzeum. Przypomniał sobie urywki zdań z poprzedniej nocy i pokręcił powoli głową.
- To nie ma sensu – zawyrokował wreszcie.
- Nadal chcesz się ze mną o to spierać? Równie dobrze mógłbyś znaleźć dla mnie wyjaśnienie, co robimy w tym samym śnie.
Francis przeszedł kilka kroków, brodząc w błocie zmieszanym z liśćmi otaczających ich drzew. Przez chwilę nie patrzył na Arthura, rozważając jego słowa.
- To tylko sen – stwierdził wreszcie kategorycznie. – Nagadałeś mi głupot, zanim nie musiałem ciągnąć twojego ciała do mojego mieszkania, a teraz…
- Jestem w twoim mieszkaniu? – przerwał mu gwałtownie Anglik, coś w jego głosie sprawiło, że Francis nie potrafił odmówić sobie uśmiechu.
- Na kanapie, nie martw się mon ami, rzuciłem tobą jak kłodą i teraz śpisz smacznie, choć w trochę niewygodnej pozycji. Jutro będzie bolał cię kark.
- Ty cholerna żabo…
- Trzeba było nie pić do nieprzytomności – wzruszył ramionami. – A wracając do naszej rozmowy…
Huk wystrzału zagłuszył jego słowa. Oczy Arthura rozszerzyły się gwałtownie, gdy twarz zastygła w wyrazie zdumienia. Francis dostrzegł jeszcze jak jego dłonie zatrzymują się w połowie drogi, podczas gdy z rany na głowie zaczyna ściekać krew.
- A-arthur…?
Ciało opadło bezwładnie tuż pod jego nogi. Upuszczona pochodnia zgasła, ledwo dotknęła podłoża. Szybko zastąpiły ją inne światła, pojawiające się w leśnej głuszy.
- Tutaj jest!
- Nic mu nie jest?
- Durnie, mogliście go trafić!
Jakieś ręce chwycił go za ramię i potrząsnęły nim, gdy stał jak skamieniały patrząc na martwe ciało swojego współpracownika.
- Nic panu nie jest? Markizie Bonnefoy! – francuskie okrzyki zlewały się w jego.
- Tak – powiedział powoli i automatycznie. – Wszystko w porządku, idź do reszty.
Żołnierz spojrzał na niego i zawahał się, ale wreszcie posłuchał rozkazu, wracając za gęste zarośla. Francis podświadomie wiedział, że za chwilę przyjdzie tu z resztą, ale w tym momencie nie potrafił się ruszyć. Jego nogi zdawały się przywrzeć do gruntu, który powoli przesiąkał szkarłatem. I wtedy ciało pod jego stopami poruszyło się. Francis zamrugał.
- Arthur? – spytał ponownie.
Oczywiście, to tylko sen. Nie musi zginąć, może ożyć.
Pomyślał z ulgą, a potem zachciało mu się śmiać z własnej głupoty. Przyklęknął przy przyjacielu widząc jak ten unosi się powoli na rękach.
- Nastraszyłeś mnie – westchnął, uśmiechając się w jego stronę. – Mówiłem ci, jesteś tylko moim snem – zauważył i poklepał go po ramieniu.
Arthur drgnął lekko, ale nie odpowiedział. Francisowi zdawało się, że szuka czegoś po omacku naokoło siebie, ale w półmroku nie potrafił tego dostrzec.
Pochodnia, pewnie o to chodzi. Zrobiło się tu ciemno i chłodno…
Zadrżał mimowolnie.
- Wstawaj szybko, musimy stąd iść. Zaraz wrócą – pośpieszył go. – Koniec udawania trupa.
- Nie martw się, do tego czasu będzie po wszystkim – zauważył spokojnie Kirkland, unosząc głowę.
Ich oczy spotkały się i Francis dostrzegł wyraźnie jadowitą zieleń, którą otaczały ściekające strużki krwi zmieszanej z błotem. Wstrzymał oddech, gdy jego ciało przeszedł zimny dreszcz.
- A-arthur…
Arthur nie odpowiedział tylko uśmiechnął się krzywo, a potem Francis poczuł już tylko ostrze bagnetu, które przebiło jego ciało.

Nachylający się nad Francuzem Arthur nie był przygotowany na to, że ten odepchnie go gwałtownie od siebie. Dlatego zachwiał się, wpadając na stojącą za nim szafę. Rzucił wiązanką angielskich przekleństw. Tymczasem Francis usiadł sztywno na łóżku i zamrugał kilkukrotnie, przyzwyczajając oczy do światła, które wpadając przez otwarte okno, wypełniało całą sypialnię.
- Co ty robisz do cholery?! – krzyknął Arthur, gdy już udało mu się złapać równowagę. Rozmasował przy tym obolałe ramię, która przyjęło na siebie całość uderzenia.
- Zabiłeś mnie! – Francuz nie pozostał mu dłużny. Po chwili zorientował się, gdzie się znajduje i rozejrzał się dookoła oszołomiony zmianą scenerii.
Arthur doskonale go rozumiał, nie zmieniało to jednak faktu, że słowa Francisa go zaskoczyły.
- Co…? O czym ty mówisz? Obudziłem się pierwszy i zobaczyłem, że jeszcze śpisz. Chciałem cię obudzić!
- Przebiłeś mnie bagnetem… - wymamrotał Bonnefoy, a potem pokręcił głową. – Ale to był sen, no tak. – Kąciki ust drgnęły, formując nieco wymuszony uśmiech.
Twarz Francisa była zaskakująco blada, a Arthur dopiero teraz zauważył na niej kropelki potu. Zmarszczył brwi podchodząc bliżej i siadając na krawędzi łóżka.
- Mieliśmy ten sam sen – zaczął ostrożnie. W następnej chwili poczuł na sobie spojrzenie niebieskich oczu, które przyglądało mu się bacznie. – Rozmowa w lesie, prawda? W okresie historycznym… Nie jestem tylko pewien w jakim.
- Ja wiem – odparł ponuro Francuz, ale nie podjął wątku. – W lesie, tak. A potem cię zastrzelili – uzupełnił.
- To jeszcze pamiętam. A potem… - urwał.
- Potem wstałeś z martwych i przebiłeś mnie bagnetem. Jeśli to byłeś ty i jeśli faktycznie mieliśmy ten sam sen – dokończył za niego Francis, odrzucając kołdrę. Po tych słowach zapadła cisza. Francuz wstał powoli, zatrzymując się przy parapecie, żeby rzucić krótkie spojrzenie na senne, amerykańskie miasteczko. Wreszcie obrócił się w stronę Anglika, który nie spuszczał z niego wzroku. Twarz Bonnefoya nadal była blada i zmęczona, choć powoli wracały na nią żywe kolory. Nawet uśmiech stracił na swojej sztuczności.
– Wiesz co, Arthur? Chyba muszę wypić kawę…

2012
2 grudnia


Coś pyknęło, oznajmiając zagotowaną wodę. Francis wstał niechętnie, zalewając dwie stojące na stole filiżanki. Dość szybko obie wypełnił podobny, ciemny płyn, a aromat porannej kawy zawisł w powietrzu. Podczas gdy Arthur rzucił filiżankom podejrzliwe spojrzenie, Francuz już trzymał swoją w dłoni, upijając gorący łyk.
- Od razu lepiej – westchnął. – Wolę radzić sobie z własną śmiercią w stanie przytomnym – zauważył, rzucając rozmówcy delikatny uśmiech.
- Idzie do tego przywyknąć – zapewnił go w odpowiedzi Kirkland.
- Nie sądziłem, że po kilku godzinach snu można być tak zmęczony i nadal boli mnie od jazdy – zauważył z westchnięciem Francis. – Wciąż trudno mi uwierzyć, że mieliśmy ten sam sen…
- Ale mieliśmy, nie zaczynaj tego znowu – parsknął Arthur, przewracając oczami. Wreszcie odważył się i upił łyk kawy, krzywiąc się przy tym. – Jak będziesz miał szczęście, dla ciebie będzie to pierwszy i ostatni, ja się z nimi męczę cały czas.
- Od… Jak dawna?
- Dwa tygodnie? Nie wiem dlaczego – wzruszył ramionami.
- Byłeś z tym u kogoś?
- I co mu powiem? Masz rację, to sny. Dziwne, ale sny – Arthur westchnął. – Nie wiem o co w nich chodzi, a po dzisiejszej nocy rozumiem jeszcze mniej. Mogłeś się trzymać własnych snów – łypnął znad filiżanki wprost na siedzącego naprzeciwko kolegę.
Ten w odpowiedzi parsknął krótkim śmiechem.
- Wybacz, że zamiast śnić grzecznie o dalekich podróżach wolałem mieć koszmary, w których mnie zabijasz. Obiecuję poprawę.
- Najlepiej beze mnie.
- Tego ci nie mogę obiecać.
Arthur zesztywniał, podczas gdy Francis posłał mu jeden ze swoich najbardziej irytujących uśmiechów.
- Żartowałem, mon ami. Teraz do rzeczy. Zakładając, że to „twoje sny”, czemu nie obudziłem się, kiedy zginąłeś?
- Co…? – Arthur spojrzał zaskoczony na rozmówcę. Miał rację, choć Anglikowi trudno było to przyznać na głos. – Ale umarłeś chwilę później.
- Tak, formalnie z twojej ręki, w rzeczywistości z ręki kogoś obcego, kto wyglądał dokładnie jak ty i był w twoim ciele.
- To nie ma sensu.
- To sny, one zazwyczaj go nie mają – wytknął mu Francuz. – A skoro już o tym mówimy… Wspominałeś coś o końcu świata, jak dobrze pamiętam?
- Tak – Arthur spochmurniał w jednej chwili. Jak dotąd sen o przyszłości miał jeden, ale w żaden sposób nie był on przyjemny czy optymistyczny.
Był też jedynym snem, w którym nie zginął.
- I zgodnie z nim wszyscy zginiemy za miesiąc – dodał po krótkiej przerwie. – Ale nie wiem jak, dlaczego i gdzie. Równie dobrze, to mogło być tylko jedno miasto – przygryzł wargę. – Trudno stwierdzić cokolwiek.
Siedzący naprzeciwko niego Francuz milczał, przyglądając się mu ciemnymi oczyma. Jego palce zastukały o filiżankę, przerywając ciszę, która zapadła po słowach Arthura. Powoli dopił resztkę kawy, która czaiła się na dnie i odstawił naczynie.
- Czyli nie wiemy nic – podsumował to, czego Anglik nie chciał powiedzieć na głos.

Kiedy Arthur zaparkował nareszcie przed swoim mieszkaniem, dobiegała dziesiąta. Mglista pogoda, która panowała na zewnątrz, przypominała mu o rodzinnej Anglii. Nie zatrzymywał się jednak. W następnych minutach już przekroczył próg klatki schodowej i rozpoczął wspinaczkę po szarych stopniach. Na trzecim piętrze czekała na niego pani Brigham. Arthur był na to przygotowany.
- Dzień dobry, pani Birgham.
- Dzień dobry, Arthurze! Co tu robisz o tej porze? – spytała zaskoczona kobieta, choć blondyn nie zdziwiłby się, gdyby wypatrywała jego powrotu całą wczorajszą noc.
- Zatrzymałem się wczoraj u znajomego – wyjaśnił krótko, próbując ominąć stateczną kobietę, która zastąpiła mu drogę.
- To dobrze, niepokoiłam się. Ostatnio kręci się tu dużo policji, Betty mówiła, że pewnie kogoś zamordowali.
Arthur zatrzymał się i uniósł brwi w zaskoczeniu.
- Naprawdę?
- Tak, tak! Ale na razie o niczym nie pisali w gazetach, więc chyba znowu dała się ponieść wodzom fantazji… - westchnęła.
Arthur uznał, że woli dla własnego dobra nie kwestionować wątpliwych fantazji koleżanki pani Birgham.
- Rozumiem, czyli to pewnie nic poważnego – stwierdził szybko. – Przepraszam, muszę się pospieszyć, bo jestem spóźniony – skłonił lekko głowę i wskoczył na kolejny stopień wysokich, krętych schodów, dobiegając wreszcie pod własne drzwi.
Włożył klucz do zamka i spróbował go przekręcić. Napotkał opór. Spróbował ponownie. Opór pozostawał ta samo silny. Zawahał się, po czym nacisnął delikatnie klamkę. Drzwi ustąpiły.
Nie potrzebował klucza.
Jego ciało zalała fala chłodu. Oparł się niepewnie o framugę drzwi, starając się uspokoić drżące dłonie. Rozejrzał się dookoła po skromnym mieszkaniu, jakie zajmował od roku. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu, na przekór otwartym drzwiom, które skrzypiały smętnie za jego plecami. Arthur nie zamierzał wierzyć pozorom. Zaczął od przerzucania szuflad, w których kryły się najważniejsze rzeczy. Dokumenty, papiery, trochę pieniędzy na czarną godzinę – wszystko nienaruszone. Każda kolejna szafka nie pomagała. Jego rzeczy wydawały się nietknięte, a jednak ślady obcej obecności rzucały się w oczy. Wgniecenie na zawsze nienagannie ułożonych poduszkach na kanapie, pusta szklanka pozostawiona na stole w kuchni, rozbite lustro w łazience. Zatrzymał się przy nim na chwilę, podziwiając fragment swojego odbicia pomnożony przez ilość odłamków, migotających na kafelkowej powierzchni.
Dziwne…
Sięgnął odruchowo po jeden z nich i przez chwilę podziwiał w nim zieleń własnego okna, a potem… Syknął, upuszczając odłamek. Na wewnętrznej stronie jego dłoni pojawiła się cienka, czerwona rysa. Odetchnął cicho, a potem sięgnął po komórkę ukrytą w kieszeni spodni.
Musiał zadzwonić po policję.
Rozmowy, rozmowy. Ale z czasem mniej takiej nudy. Za betę dziękuję :iconardwi:. Na dużo popraw nie mam czasu, bo w sobotę jadę D: Trzy miesiące, więc mi nie zarzucicie niesystematyczności! Części czwartej mam już jedną stronę. To zawsze coś!

Arthur Kirkland (Anglia), Francis Bonnefoy (Francja) (c) Himaruya Hidekaz

Inne postacie dojdą z czasem i to już niedługo.
Add a Comment:
 
:iconmuffinekjagodowy:
MUFFINEKJAGODOWY Featured By Owner Jul 29, 2013
Poprzednia część była tak dawno, że musiałam przeczytać ją jeszcze raz, żeby sobie przypomnieć. Ale teraz znowu mnie strasznie wciągnęło, świetna akcja, świetny styl pisania. Mam nadzieję, że na następne rozdziały nie będę musiała czekać tak długo ;)
Reply
:iconcahannie:
Cahannie Featured By Owner Jul 6, 2013
Ale to jest fajne. Serio. Tajemnica goni tajemnicę i nie mogę się doczekać następnych części. Lubię twoich bohaterów. Arthur ze swoim krzywym uśmiechem i Francis z francuskimi wstawkami w czasie kłótni są wspaniali. Moją ulubioną sceną jest moment zabicia Arthura. Taka chwila i po wszystkim. A potem ta sytuacja, w której zabija go ten drugi. Mam jakąś tam teorię, ale potem się zobaczy, ile z niej to prawda.
I teraz czas na minusy, a w sumie to jeden. Interpunkcja. Znajdź sobie betę od tego, albo sama dokładnie sprawdzaj. Ten wyskok wybaczam, bo sama piszesz, że wyjeżdżasz, a że chciało ci się nas uraczyć nowym rozdziałem (a nawet dwoma jak teraz widzę). Gdybyś chciała, to mogłabym wypisać zgubione przecinki i kilka literówek, ale to już od ciebie zależy.
I na koniec jeszcze raz chwalę ten rozdział i pędzę czytać kolejną część. Pisz dalej i publikuj zaraz po powrocie <3.
Reply
:iconjubiliana:
Jubiliana Featured By Owner Jul 7, 2013  Hobbyist Writer
Aww cieszę się, że się podoba!~ Chętnie posłuchałabym jaką masz teorię, chociażby po to *odkaszluje* żeby wiedzieć czy jestem tak przewidywalna *odkaszluje* xD I tak, takie sceny pisze się najprzyjemniej *sparkle*
No niestety interpunkcją nigdy nie brylowałam i to się raczej nie zmieni. Moje bety... Cóż. Obiec są bardziej od stylistyki *macha Ardw*, zresztą druga zaginęła i jeszcze nie wypłynęła na powierzchnię. Jak najbardziej będę wdzięczna za wypisanie błędów, szczególnie przy przyszłych częściach, jeśli miałabyś ochotę <3
Dobrze, postaram się! *a teraz idzie się wesoło pluskać w wodzie jak przystało na leniwca*
Reply
:iconcahannie:
Cahannie Featured By Owner Jul 7, 2013
Teorii nie posłuchasz, bo moje teorie z zasady są beznadziejne.
Owszem, takie sceny pisze się świetnie, ale tysiąc razy czasem trzeba zmienić, żeby uzyskać efekt, jaki się chciało.
A przy przyszłych częściach chętnie pomogę. To zadanie rycerzy ratować damy w opresji xD
Reply
:iconjubiliana:
Jubiliana Featured By Owner Jul 7, 2013  Hobbyist Writer
Ale ja lubię teorie D: Moja była współlokatorka katowała mnie różnymi teoriami każdego dnia i było fajnie! Dawaj, chce posłuchać! D:
No to inna sprawa, wiem jak udziwnione były niektóre momenty w pierwszej wersji. Po prawdzie to niektóre momenty miałam już w kwietniu, a potem przyszło mi pisać środek i było takie "meh ._." xD
Yay! Dziękuję! Widziałam pmkę <3 Po powrocie na spokojnie poprawię~
Reply
:iconcahannie:
Cahannie Featured By Owner Jul 8, 2013
Proszę bardzo <3
Te momenty gdy masz początek i koniec są jeszcze gorsze. BO trzeba ten środek wymyślić. A to już wyższa szkoła jazdy xD
Reply
:iconjubiliana:
Jubiliana Featured By Owner Jul 8, 2013  Hobbyist Writer
Oj tak xD Przez to tak wolno piszę. Mam urywki tekstów i nic pomiędzy. Akcję pisze się łatwo, ale to co prowadzi do niej zdecydowanie gorzej... xD
Reply
:iconardwi:
Ardwi Featured By Owner Jul 6, 2013
"I teraz czas na minusy, a w sumie to jeden. Interpunkcja. Znajdź sobie betę od tego, albo sama dokładnie sprawdzaj. Ten wyskok wybaczam, bo sama piszesz, że wyjeżdżasz, a że chciało ci się nas uraczyć nowym rozdziałem (a nawet dwoma jak teraz widzę)." -> Cah, ja jej zbetowałam. Dziwisz się, że nie ma przecinków?

(Ale starałam się. Nawet raz spytałam "To zdanie. Jesteś pewna, że nie ma tu przecinka? D:)
Reply
:iconcahannie:
Cahannie Featured By Owner Jul 6, 2013
Ale ja wiem, że twoją domeną nie jest interpunkcja, a cała reszta, Ardw <3
Reply
Add a Comment: